Londyn pod presją Brukseli. „Wróćcie do unii celnej albo zapłacicie cenę”

(fot. Shutterstock)

Londyn pod presją Brukseli. „Wróćcie do unii celnej albo zapłacicie cenę”

Unia Europejska ostrzegła brytyjski rząd, że jeśli chce uniknąć barier związanych z polityką "Made in Europe", powinien podnieść cła na chińskie samochody, a najlepiej – wrócić do unii celnej – pisze w piątek "Financial Times".

"Unia celna rozwiązałaby większość problemów związanych z »Made in Europe«" – powiedział gazecie jeden z unijnych urzędników. "Rozwiązałaby też kwestię różnic w stawkach celnych, które rodzą obawy, że Chińczycy mogliby omijać nasze cła, kierując towary przez Zjednoczone Królestwo" - dodał.

Polityka "Made in Europe" - wciąż w fazie przygotowań - ma chronić producentów z UE i faworyzować ich przy przyznawaniu subsydiów i zamówień publicznych. Jednym z celów jest ochrona unijnego przemysłu przed konkurencją z Chin. Rząd w Londynie od tygodni zabiega w UE o porozumienie, które sprawiłoby, że polityka ta nie uderzy w brytyjskich producentów.

Wielka Brytania stoi przed trudnym wyborem 

"Financial Times" podkreśla jednak, że Brytyjczycy stoją przed trudnym wyborem i będą musieli balansować: z jednej strony stawiając na zbliżenie z Europą, z drugiej – starając się przyciągnąć chińskie inwestycje, np. w branżę samochodową.

Anonimowy wysoki rangą brytyjski urzędnik przyznał w rozmowie z "FT", że Londyn ma dylemat.

"Trudno argumentować, że chcemy być wewnątrz Twierdzy Europa, kiedy druga strona może wskazać politykę celną, która w praktyce podkopuje wznoszone właśnie mury tej twierdzy" - podkreślił.

Lewicowy premier Andy Burnham cały czas podtrzymuje, że w stosunkach ze Wspólnotą Londyn nie przekroczy czerwonych linii, wyznaczonych jeszcze podczas negocjacji w sprawie kształtu brexitu. Po pierwsze Londyn nie wróci do unii celnej, po drugie nie stanie się znów częścią jednolitego rynku.

Londyn pomiędzy młotem a kowadłem 

"Financial Times" pisze jednak, że nawet koordynacja z UE na mniejszą skalę może przynieść problemy, bo dostosowanie się do protekcjonistycznych środków handlowych UE w kluczowych sektorach, na przykład poprzez wprowadzenie takich samych ceł na chińskie samochody elektryczne, "ograniczyłoby część swobód handlowych, które Zjednoczone Królestwo uzyskało po brexicie, oraz podniosłoby ceny dla konsumentów" - ocenia dziennik.

"Czerwone linie" mają korzenie jeszcze w latach konserwatywnych rządów Theresy May i Borisa Johnsona. W zamierzeniu zabezpieczyć miały Wielka Brytanię przed tym, co krytycy określali mianem "brexitu na niby", czyli bliskiej koordynacji przepisów z Unią nawet po jej opuszczeniu. Drugą stroną medalu jest ograniczone pole manewru w negocjowaniu pobrexitowego zbliżenia gospodarczego, którego chcą laburzyści.

- Rządzącą Partię Pracy czeka debata na temat czerwonych linii i szerzej, Europy - ocenił Ian Bond, wiceszef think tanku Centre for European Reform (CER), z siedzibami w Londynie i Brukseli. - Podczas tej dyskusji nadal słychać będzie głosy, że partia nie może ryzykować i za wszelką cenę utrzymać musi poparcie wyborców z klasy robotniczej na północy kraju, którzy zerkają ku Reform UK (prawicowa, eurosceptyczna partia Nigela Farage'a – przyp. PAP). Tyle że inni odpowiedzą na to, iż sondaże sugerują, że w rzeczywistości większym zagrożeniem dla Partii Pracy jest zrażenie do siebie zdecydowanie proeuropejskiej większości własnych wyborców – powiedział PAP Ian Bond.

Z Londynu Adam Dąbrowski (PAP)

ada/ kar/

Przeczytaj też

Komentarze