„Uważaj na NBP i KNF". Kryptowalutowe strachy na lachy

(fot. Bankier.pl)

„Uważaj na NBP i KNF". Kryptowalutowe strachy na lachy

Komisja Nadzoru Finansowego oraz Narodowy Bank Polski uruchomiły kampanię informacyjną dotyczącą kryptowalut pod hasłem „Uważaj na kryptowaluty”. Jest to projekt, który bardzo kryptowaluty demonizuje. Chciałbym więc spojrzeć z innej strony na poszczególne argumenty użyte w tej kampanii.

Kryptowaluty, choć w znanej obecnie postaci istnieją już niemal dekadę (w październiku 2008 roku Satoshi Nakamoto, niezidentyfikowany dotychczas twórca bitcoina, ogłosił ideę nowego pieniądza elektronicznego), dopiero w 2017 roku przebiły się do powszechnej świadomości. Wszystko za sprawą niespotykanych wzrostów notowań bitcoina, najpopularniejszej spośród wszystkich kryptowalut, gdzie dynamika wzrostu ceny przebiła nawet XVIII-wieczną tulipomanię. 

Przewodnie hasło kampanii informacyjnej KNF i NBP brzmi: „Uważaj na kryptowaluty”. Zatem koncentruje się ona przede wszystkim na uwrażliwieniu odbiorcy na ryzyka związane z kryptowalutami. Zamierzenie oczywiście słuszne - jeśli już ktoś chciałby w kryptowaluty zainwestować, powinien zdawać sobie sprawę z ryzyk, jakie są z tym związane. Mam jednak wątpliwości, czy argumenty użyte w kampanii są obiektywne i uczciwe wobec odbiorców. Zabrakło także pewnej dozy obiektywizmu i mocniejszego spojrzenia na szanse, jakie stwarzają kryptowaluty. Sprawdźmy po kolei, jakie argumenty prezentowane są przez KNF i NBP, i spróbujmy je zweryfikować.

Kryptowaluta to nie pieniądz ani waluta. To imitacja pieniądza

Jeden z najbardziej znanych na świecie ekonomistów, laureat Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii (potocznie zwanej ekonomicznym Noblem) Milton Friedman zdefiniował pieniądz jako „tymczasowe ucieleśnienie siły nabywczej, które może zostać spożytkowane do zakupu innych dóbr i usług”. Natomiast ojciec ekonomii klasycznej Adam Smith pisał, że ”nie pieniądz, ale tylko reprezentowane przezeń dobra stanowią dochód jednostki albo społeczeństwa”.

Cytaty te doskonale podsumowuje Robert Gwiazdowski w swoim niedawnym wpisie na Facebooku: „Nie potrzebujemy pieniędzy do niczego. Potrzebujemy różnych dóbr, które za pieniądze kupujemy, które z kolei otrzymujemy za naszą pracę. Przy pomocy pieniądza tak naprawdę wymieniamy efekty tej naszej pracy, na efekty pracy innych ludzi”. Innymi słowy, pieniądz po prostu ułatwia nam życie. A jeśli tylko jest powszechnie akceptowany, to umożliwia wymianę na jakiekolwiek dobro czy usługę, jakiej zapragniemy. Powszechnie akceptowanym pieniądzem może być jednak cokolwiek, na co się umówimy. Kiedyś takim środkiem było złoto. Teraz istnieją waluty narodowe. Za kilka lat równie dobrze może stać się nim pieniądz cyfrowy czy kryptowaluta, choćby bitcoin.

Ale już teraz, jeśli tylko znajdą się chętni, którzy będą akceptowali bitcoina czy inne kryptowaluty, jako środek, na który będziemy mogli wymienić na dobra i/lub usługi, to kryptowaluty jak najbardziej będą zgodne z definicją pieniądza. Zatem kryptowaluty będziemy mogli nazywać pieniądzem. Nie będzie to oczywiście pieniądz w znaczeniu prawnym (prawny środek płatniczy), ale w znaczeniu ekonomicznym jak najbardziej tak. Bo to nie KNF i NBP, ani nie politycy o tym decydują, tylko ludzie.

Kryptowaluta nie jest prawnym środkiem płatniczym

Faktycznie, kryptowaluty nie są prawnym środkiem płatniczym, czyli, mówiąc prościej, nie są pieniądzem w rozumieniu prawa. Na pewno warto o tym wiedzieć, nie ma jednak powodu, aby się tego bać. Jest wiele elementów naszej rzeczywistości, których prawo nie definiuje i nie przeszkadza nam to w codziennym korzystaniu z nich.

Zawęźmy nasz obszar zainteresowania do kwestii finansowych. Allegro promuje w swoim serwisie tzw. „Monety”, dzięki którym możemy mniej zapłacić za zakupy na Allegro. W internetowych grach typu multiplayer korzystamy ze zdefiniowanych przez twórców gry wirtualnych walut, za które możemy nabywać wirtualne „przedmioty” ułatwiające nam poruszanie się w grze i zwiększające nasze możliwości. Tego typu „zjawiska” nie są uregulowane nigdzie w polskim prawie, a jednak nie przeszkadza to nam w korzystaniu z nich.

Warto przypomnieć także, że euro nie jest w Polsce prawnym środkiem płatniczym, a jednak niektóre sklepy umożliwiają nam regulowanie płatności w europejskiej walucie.

Kryptowaluty nie są gwarantowane przez NBP

Nie wiem niestety, na czym dokładnie taka gwarancja NBP miałaby polegać. Domyślam się jedynie, że chodzi o to, że w złotym możemy powszechnie pobierać wynagrodzenie za pracę, a następnie regulować swoje zobowiązania. I państwo polskie, reprezentowane przez NBP, gwarantuje to Polakom. Tak ja tę gwarancję odczytuję.

Spójrzmy jednak w przeszłość, rok 1950, jak wyglądała reforma walutowa w powojennej Polsce (ustawa o zmianie systemu pieniężnego Dz.U. z 1950 nr 50 poz. 459). „Złe wspomnienie przeprowadzonej ponad pół wieku temu wymiany wiąże się z jej specyficznymi okolicznościami. Trzymano ją bowiem w tak wielkiej tajemnicy, że nawet banknoty wydrukowano poza granicami Polski (umieszczając na nich jednak datę 1 lipca 1948 r.). Zamiar wymiany ogłoszono 28 października, rozpoczęto dwa dni później, a już 8 listopada stare pieniądze traciły wartość” – czytamy w artykule "Pulsu Biznesu" pt. „Rząd po bandycku wymienił złotówki”. Efektem ograniczonej wymiany było wtedy unieważnienie ok. 60 proc. obiegu pieniężnego, czyli polskie państwo okradło wtedy swoich obywateli z 60 proc. pieniędzy, które posiadali.

Można argumentować, że to był tylko komunistyczny skok na kasę, a demokratyczne państwo nigdy tego nie zrobi. Sięgnijmy zatem do całkiem niedalekiej, wcale nie komunistycznej przeszłości. Cypr, 2013 rok. Ten niewielki kraj będący członkiem Unii Europejskiej, ogarnia kryzys bankowy. Podatkowy raj stał się piekłem, a jego mieszkańcy, których depozyty bankowe przekraczały 100 tys. euro, musieli zapłacić 47,5-proc. podatek (taka część oszczędności została znacjonalizowana), aby kraj mógł liczyć na finansową kroplówkę ze strony zagranicznych instytucji.

Inny przykład z tej dekady. Indie, 2016 rok. Premier Narendra Modi w niezapowiedzianym orędziu do narodu informuje o wojnie z terroryzmem. Narzędziem tej walki ma być delegalizacja banknotów o nominale 500 i 1000 rupii, które stanowią 86 proc. wszystkich banknotów w obiegu. Zastąpią je nowe banknoty o nominale 500 i 2000 rupii. Stare będą legalne jedynie do końca 2016 roku. Na ulicach zapanowuje chaos, a Hindusi jeszcze długo będą zmagali się ze skutkami tej „reformy”.

Ostatni, może nieco inny, ale także wymowny przykład, o którym należy pamiętać – w jaki sposób gwarancje państwa są tylko życzeniem. Polska, lata 1989-90. Rosnąca w latach 80. inflacja przeradza się w hiperinflację, która w szczycie (luty 1990 roku) sięgnie 1283 proc. Tym samym złote, które Polacy mieli wtedy w kieszeni, gwałtownie tracą na wartości. Monety, choć pozostają prawnym środkiem płatniczym, stają się bezużyteczne i znikają z obiegu. NBP jak oszalały wprowadza do obiegu nowe banknoty (1989 r.: 20 000 zł, 50 000 zł, 200 000 zł, 1990 r.: 100 000 zł, 500 000 zł, 1991 r.: 1 000 000 zł, 1992 r.: 2 000 000 zł). To powoduje utratę zaufania do waluty narodowej, a nieformalnie obowiązującą w Polsce walutą staje się dolar. To tyle w temacie, ile są warte gwarancje państwa dla waluty narodowej.

Kryptowaluty nie są emitowane przez NBP

To prawda, że kryptowaluty nie są emitowane przez Narodowy Bank Polski. Czy to powód aby się bać? Z ekonomicznego punktu widzenia, pieniądz nie musi być w ogóle emitowany przez nikogo. Emisja pieniądza jest tylko i wyłącznie aktualnie obowiązującą umową. Przez wiele wieków to złoto pełniło rolę powszechnie akceptowanego środka płatniczego. Złoto nie było emitowane przez żaden bank – to metal wydobywany spod powierzchni ziemi. Jeśli ktoś odkrywał złoża złota, stawał się bogaczem. Nawiasem mówiąc, kryptowaluty także się „wydobywa” – przynajmniej tak to określili twórcy kryptowalut - zapewne chcąc nawiązać w ten sposób do dawnej świetności złota i chcąc zwiększyć tym określeniem wiarygodność kryptowalut.

A jeśli już chcielibyśmy się uprzeć przy emisji pieniądza (co powtarzam, z punktu widzenia ekonomii nie jest konieczne), to nie musi się tym zajmować bank państwowy. Może to robić dowolny bank – przykładowo w Stanach Zjednoczonych waluta narodowa jest emitowana przez bank prywatny – Rezerwę Federalną, zwaną niekiedy Potworem z Jekyll Island. 

Zresztą, obecnie obowiązujący system pieniężny (system rezerwy cząstkowej), tak naprawdę umożliwia prywatnym bankom emisję pieniądza. Rezerwa cząstkowa polega na tym, że banki przyjmują od klientów depozyty pieniężne (czyli z punktu widzenia Kowalskiego lokaty), w zamian za które banki mogą udzielać kredytów. System działa tak, że w zamian za 10 złotych złożonego przez klienta depozytu, bank może udzielić innemu klientowi kilka razy więcej złotych kredytu. To, ile razy więcej kredytu bank może udzielić, zależy od regulacji przyjmowanych przez KNF.

Kryptowaluty nie są gwarantowane przez BFG

Ten argument uważam za spore nadużycie, jeśli nie nieuczciwość. Rozumiem, że kryptowaluty zostały tu uznane za inwestycję, nie walutę. Jednak spośród dostępnych na rynku inwestycji, tylko depozyty bankowe (czyli lokaty) są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. I to nie w pełnej kwocie, ale tylko do równowartości 100 tys. euro. Ani akcje, ani obligacje, ani jednostki funduszy inwestycyjnych, ani certyfikaty inwestycyjne, ani żadna inna inwestycja nie są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Tego, niestety, z kampanii NBP i KNF już się nie dowiemy.

Nie można też BFG uznawać za cudowny lek, który uchroni każdy depozyt bankowy. Już dotychczasowe wypłaty z BFG, finansujące depozyty w kilku upadłych SKOK-ach i bankach spółdzielczych, były sporym obciążeniem dla sektora bankowego. Gdyby jednak bankructwo przydarzyło się jakiemuś większemu bankowi, środki zgromadzone w BFG nie wystarczyłyby na pokrycie wszystkich utraconych przez deponentów pieniędzy przechowywanych na lokatach, a sektor bankowy znalazłby się w sporych tarapatach.

Wracając jednak do kryptowalut, NBP i KNF nie powiedziały w kampanii, że kryptowaluty, już same w sobie (co wynika z ich konstrukcji), są bardzo bezpiecznym rodzajem pieniądza. Przedrostek „krypto” oznacza bowiem, że są one w sposób programowy zabezpieczone za pomocą technik szyfrujących. Dodatkowo chroni je rozproszenie bazy danych, w której zapisywane są transakcje. Nie ma bowiem na razie sposobu, aby taką bazę sfałszować.

Nie potrzeba więc żadnych gwarancji żadnej instytucji - kryptowaluty nie znikną. Jednak tak, jak w przypadku innych rodzajów pieniądza, trzeba uważać, aby miejsce przechowywania kryptowaluty (tzw. portfel) nie zostało okradzione (jeśli jest to portfel w internecie, tzw. gorący portfel) lub ukradzione (tzw. zimny portfel, nie podłączony do internetu, np. pendrive).

Kryptowaluty realnie nie istnieją, są tylko cyfrową reprezentacją umownej wartości

Kolejny argument będący w mojej opinii sporym nadużyciem. Wprawdzie papier, na którym jest wydrukowana nasza narodowa waluta realnie istnieje, ale jaka jest wartość tego papieru? Czy istotnie większa niż nieistniejącej realnie waluty cyfrowej? Czy złote zapisane na naszych bankowych rachunkach realnie istnieją? Czyż nie jest prawdziwe zdanie, że „złoty jest tylko papierową reprezentacją umownej wartości”?

Być może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale większość złotych będących w obiegu nie istnieje nawet w formie papierowej. Na koniec 2017 roku w obiegu znajdowały się banknoty i monety o wartości 198 429 500 000 złotych. Jeśli porównamy to z miarą pieniądza M3, która obejmuje pieniądze w obiegu oraz wszystkie zobowiązania banków (czyli upraszczając wszystkie złote istniejące w polskim systemie finansowym), która na koniec 2017 roku wynosiła 1 324 383 300 000 złotych, to okaże się, że 1 125 953 800 000 złotych (ponad jeden bilion złotych) istnieje tylko w postaci cyfrowego zapisu na rachunkach bankowych. Gdyby w tym samym czasie wszyscy Polacy zdecydowali się wypłacić swoje depozyty z banków, nie byłoby to możliwe, nie istnieje bowiem tyle banknotów, aby takie zapotrzebowanie na gotówkę pokryć.

Możesz zostać okradziony w cyberataku

To prawda. A haker może przejąć twoje dane do logowania na bankowe konto w systemie internetowym i ukraść pieniądze z twojego rachunku bankowego. Złodziej może ukraść gotówkę z twojego domu. Oszust może podszyć się pod ciebie i, posługując się sfałszowanym dowodem osobistym, wypłacić pieniądze z twojego rachunku w kasie banku. Naprawdę, kryptowalutę można ukraść równie łatwo/trudno, jak „prawdziwe” pieniądze. Ten argument uważam za bardzo demagogiczny.

Inwestycja, w której możesz stracić środki, bo nie są gwarantowane przez państwo

To argument bardzo podobny do tego, który mówił o gwarancjach BFG. Bardzo niewiele inwestycji jest gwarantowanych przez państwo. Ani akcje, ani jednostki z funduszach inwestycyjnych, ani certyfikaty inwestycyjne, ani kontrakty terminowe, ani opcje, ani obligacje korporacyjne, ani wiele innych inwestycji przez państwo gwarantowanych nie jest. W zasadzie większość inwestycji nie jest gwarantowanych przez państwo. Na gwarancje państwa mogą liczyć tylko posiadacze obligacji skarbowych. Ale gwarancje te są równie iluzoryczne, co gwarancje państwa w przypadku złotego. Jeśli państwo stanie się niewypłacalne, najprawdopodobniej swoich pieniędzy nigdy nie zobaczysz. I ani KNF, ani NBP nie robią serwisów zatytułowanych „Uważaj na akcje spółek publicznych”.

Możesz paść ofiarą oszustwa – piramidy finansowej

To prawda. Pisaliśmy o takich przypadkach (OneCoin i BitConnect) w Bankier.pl. Tylko, że piramidy finansowe to rodzaj oszustwa, który istniał dużo wcześniej, niż powstały kryptowaluty. Moim zdaniem, wciąż dużo większe jest prawdopodobieństwo, że weźmiemy udział w piramidzie finansowej, która z kryptowalutami nic a nic wspólnego nie ma. Najgłośniejsza w ostatnich latach afera finansowa, czyli Amber Gold, która według niektórych polegała właśnie na stworzeniu piramidy finansowej, nie miała nic wspólnego z kryptowalutami. Mamy zatem kolejny demagogiczny argument.

Możesz stracić pieniądze, bo ceny kryptowalut szybko się zmieniają

To prawda. I uważam, że jest to jedyny uczciwy i uzasadniony argument użyty w całej tej kampanii informacyjnej. Zmienność cen kryptowalut jest niesamowicie duża w porównaniu do zmienności cen innych instrumentów finansowych. Trzeba zdawać sobie sprawę, że inwestując w kryptowaluty można nie tylko zyskać (co najbardziej działa na wyobraźnię, czytając o stopach zwrotu, jakie osiąga bitcoin w ciągu ostatniego roku), ale i stracić. I to stracić cały zainwestowany kapitał. Stracić bardzo szybko.

Głębokie korekty cenowe sięgające 30-40 proc., które na innych rynkach zajmują kilka tygodni lub miesięcy, na kryptowalutach mogą być kwestią kilkudziesięciu godzin. Wystarczy 2-3 razy z rzędu kupić kryptowalutę na „górce”, a nasz kapitał bardzo szybko stanie się tylko wspomnieniem. I choć także w innych inwestycjach istnieje ryzyko utraty całego kapitału (wiedzą o tym choćby inwestorzy giełdowi czy „foreksiarze”), to uważam, że w przypadku kryptowalut należy to powtarzać jak najczęściej.

Dlatego tym bardziej aktualna jest tutaj zasada obowiązująca przy wszystkich inwestycjach wiążących się z ryzykiem nagłych zmian cen – inwestuj tylko kapitał, który możesz stracić.

Możesz nieświadomie uczestniczyć w praniu brudnych pieniędzy czy finansowaniu terroryzmu

To prawda. Ale pranie brudnych pieniędzy czy finansowanie terroryzmu nie powstało wraz z kryptowalutami. Istniało dużo wcześniej. Kryptowaluty to jedynie kolejna metoda wykorzystywana do tego typu procederów. Tak samo nieświadomie można uczestniczyć w praniu brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu kupując towary czy usługi za gotówkę czy płacąc kartą. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że zdecydowana większość nielegalnych transakcji odbywa się przy pomocy gotówki lub za pośrednictwem systemu bankowego. Nie słyszałem jednak, żeby KNF ostrzegał przed bankami. Przestępcy zawsze znajdą sposób na wprowadzenie do obrotu pieniędzy pochodzących z nielegalnych transakcji, czy kryptowaluty będą istniały, czy nie. 

Kampania odstraszająca

To już wszystkie argumenty, które wyłapałem w kampanii informacyjnej przygotowanej przez KNF i NBP. Niestety, uważam, że kampania została przygotowana na bardzo niskim poziomie. Jedyne istotne ryzyko i w zasadzie najważniejsze, jakie wiąże się z kryptowalutami, które w kampanii wybrzmiało, to ryzyko utraty pieniędzy. Reszta wymienionych ryzyk jest identyczna z tymi, jakie występują przy „zwykłych” walutach (czyli także emitowanym przez NBP polskim złotym) lub innych instrumentach finansowych, choć ewentualna częstotliwość ich występowania, ze względu na dużą liczbę kryptowalut, może być większa. Ale jest to sytuacja analogiczna do tej na drodze – im więcej skrzyżowań, tym większe prawdopodobieństwo wypadku na tym samym odcinku drogi.

Organizatorzy kampanii skupili się przede wszystkim na zebraniu jak największej liczby haseł, które mają negatywny wydźwięk, i skojarzeniu tych haseł z kryptowalutami. Większość użytych w niej haseł to hasła demagogiczne, a czasami po prostu nieuczciwe wobec odbiorcy. Korzystając z nich, mógłbym przygotować niemal identyczną kampanię dotyczącą złotego. I także byłaby ona prawdziwa.

Uważam także, że w kampanii informacyjnej dotyczącej kryptowalut, zbyt wielki nacisk położono na ryzyka (w dodatku często wirtualne lub naciągane), a zbyt mały nacisk na przedstawienie zalet i możliwości, jakie dają kryptowaluty i technologia, na której są oparte. W rezultacie mamy do czynienie nie z obiektywną kampanią informacyjną, ale tak naprawdę z kampanią odstraszającą od kryptowalut. Od instytucji publicznych, finansowanych m.in. z moich pieniędzy, oczekiwałbym jednak większej rzetelności. Dlatego trzeba uważać na NBP i KNF, bo mogą posługiwać się demagogicznymi argumentami.

Marcin Dziadkowiak

Przeczytaj też

Komentarze