Turcy chyba oszaleli. Stopa procentowa przekroczyła 1300%

(fot. Reuters)

Turcy chyba oszaleli. Stopa procentowa przekroczyła 1300%

Czegoś takiego nie pamiętają najstarsi analitycy. W środę krótkoterminowa stopa procentowa na rynku offshore sięgnęła absurdalnego poziomu 1338%. I to wszystko w kraju rządzonym żelazną ręką przez prezydenta Erdogana – słynnego wroga drogiego kredytu.

W środę, 27 marca, stopa procentowa na tureckim rynku overnight swap osiągnęła poziom 1338% w skali roku (czyli ok. 3,67% dziennie). Tyle trzeba było zapłacić, aby w tureckim banku pożyczyć lirę na jeden dzień. To stawka absolutnie zaporowa w sytuacji, gdy główna stopa banku centralnego Turcji wynosi 24%.

Przemawiając w czwartek na przedwyborczym spotkaniu z młodzieżą w Ankarze Erdogan powiedział, że banki z USA i innych krajów zachodnich spekulują na tureckiej lirze przed niedzielnymi wyborami lokalnymi i że Turcja musi "zdyscyplinować spekulantów na rynku". Nie wymienił z nazwy żadnych banków, które miałyby prowadzić ataki spekulacyjne na turecką walutę.

Erdogan przekonywał też, że stopy procentowe są głównym problemem w Turcji i jak tylko zostaną one ścięte, inflacja zacznie spadać. Erdogan wielokrotnie naciskał na bank centralny w sprawie obniżenia stóp procentowych, co miałoby pobudzić wzrost gospodarczy. Jednak według powszechnie przyjętej wiedzy ekonomicznej obniżanie stóp procentowych jest czynnikiem zwiększającym inflację, a nie ją hamującym, jak twierdzi turecki prezydent.

- Przez 21 lat obserwowania rynku nigdy nie widziałem takiego skoku – powiedział Bloombergowi Julian Rimmer, trader z Investec Bank. Jeszcze w piątek oprocentowanie liry na rynku bankowym było zbieżne ze stopami w banku centralnym. Szaleństwa zaczęły się w tym tygodniu – już we wtorek turecki overnight swap wystrzelił do 400%. Ale czterocyfrowe procenty to już kompletna anomalia – nawet RSSO tzw. chwilówek rzadko kiedy bywa aż tak wysokie.

Nieoficjalnie wiadomo, że tak wysoka stopa procentowa w Turcji jest wynikiem działania rządu, który zakazał bankom pożyczania liry inwestorom zagranicznym. Podobno jest to zakaz tymczasowy. A wszystko to za sprawą wyborów lokalnych w Turcji, które odbędą się w niedzielę 31 marca. Turcy będą wybierać w nich włodarzy miast i radnych samorządowych. Będzie to ważny test popularności dla władzy prezydenta Recepa Erdogana.

(Bankier.pl)

Co jednak mają wybory lokalne do bankowych stóp procentowych? W Turcji mają i to dużo. W zeszły piątek doszło do małej paniki na tureckim rynku walutowym – kurs dolara podskoczył o prawie 6%.  Nagły spadek wartości liry nastąpił po tym, jak bank JP Morgan Chase wydał zalecenie sprzedaży tureckiej waluty. To przypomniało wyborcom o zeszłorocznym kryzysie walutowym, podczas którego lira straciła 40% wobec dolara. W rezultacie wzrost cen dóbr konsumpcyjnych sięgnął 25%, ostro w górę poszły stopy procentowe (i wraz z nimi raty kredytów), kraj popadł w recesję i wzrosło bezrobocie. Taki rozwój sytuacji budzi niezadowolenie społeczne, które zwykle obraca się przeciwko władzy.

Przedwyborczy short squeeze

Zatem władza prezydenta Erdogana postanowiła skontrować wrażych spekulantów i po prostu odcięła ich od możliwości pożyczenia lir. Jeśli ktoś chce zagrać na krótko przeciwko lirze – czyli zarobić na osłabieniu tureckiej waluty – to najpierw ją pożyczyć. W praktyce może to zrobić tylko w tureckim banku. A te po prostu przestały pożyczać pieniądze podmiotom zagranicznym. W rezultacie ci inwestorzy, którzy grali na spadek kursu liry, stanęli przed wyborem między awaryjnym zamknięciem pozycji, a pożyczeniem tureckiej waluty po każdym koszcie. Zatem ta absurdalna stop procentowa była efektem wielkiego foreksowego short squeeze, czyli „wyciśnięcia” posiadaczy krótkich pozycji.

Problem w tym, że zagranie tureckich władz można porównać do zrzucenia bomby atomowej na własne miasto. Bo polityczna interwencja na rynku stopy procentowej nie dość, że nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem, to uderza we wszystkich zagranicznych inwestorów. Także tych, którzy grają „na długo” – czyli po prostu kupują tureckie aktywa.

- To dramatyczne poświęcenie długofalowego pragmatyzmu na rzecz krótko okresowych celów politycznych. Taka taktyka sprawi, że wielu inwestorów zakwestionuje inwestowalność liry – skomentował Julian Rimmer.

Z powodu braku możliwości sfinansowania długich pozycji w tureckich aktywach za pomocą krótkoterminowych transakcji swapowych (w ramach których zamienia się dolary na liry na krótkie terminy) swoje strategie musieli dostosować też inwestorzy długoterminowi zaangażowani w tureckie akcje czy obligacje. Część z nich zdecydowało się po prostu sprzedać tureckie aktywa. BIST100 – główny indeks stambulskiej giełdy – spadł w środę o 5,7%. Z kolei rentowność tureckich 10-letnich obligacji skarbowych wzrosła z 17% do przeszło 18%. Wzrost rentowności oznacza spadek ceny rynkowej obligacji.

Zagranie ekipy Erdogana jest więc skrajnie ryzykowne. Władza chce sobie kupić spokój na rynku walutowym na kilka dni przed wyborami, aby nie denerwować wyborców. Ale ryzykuje zmasowaną ucieczką zagranicznych inwestorów, bez których turecka gospodarka nie jest w stanie funkcjonować. Na koniec III kwartału 2018 roku (to ostatnie dostępne dane) dług zewnętrzny Turcji wynosił 445,5 mld dolarów. Tylko w ciągu najbliższych 12 miesięcy tureckie podmioty muszą spłacić lub zrolować 177 mld USD zagranicznego zadłużenia. Równocześnie inwestorów niepokoi spadek tureckich rezerw walutowych, które w marcu zmniejszyły się o 3 mld USD, do 73,8 mld USD. Równocześnie Turcy powiększyli swój stan posiadania walut obcych do rekordowych 105,7 mld USD, co można odbierać jako wyraz skrajnego braku zaufania do krajowej waluty.

Krzysztof Kolany/PAP

Przeczytaj też

Komentarze