Te liczby doprowadzają Trumpa do szału

(fot. FORUM)

Te liczby doprowadzają Trumpa do szału

W 2019 r. Chiny miały niemal 300 miliardów dolarów nadwyżki w handlu towarowym z USA. Dziś ma zostać podpisana wstępna umowa handlowa, która powinna zredukować kosmiczny deficyt Stanów Zjednoczonych, doprowadzający do szału prezydenta Donalda Trumpa.

Jeszcze zanim Donald Trump objął urząd prezydenta, głośno uskarżał się na ogromną deficyt USA w handlu z Chinami oraz zapowiadał drastyczne jego ograniczenie. Tymczasem w drugim roku wojny handlowej (i pierwszym, gdy karne cła nałożone na towary sprowadzane zza Muru obowiązywały pełne 12 miesięcy) pozostał wyraźnie wyższy niż w 2016 r. - ostatnim roku rządów Baracka Obamy.

Według wstępnych danych chińskiego urzędu celnego, w ubiegłym roku Państwo Środka odnotowało 295,8 mld dol. nadwyżki w handlu towarowym z USA. To co prawda o 27,5 mld dol. mniej niż rok wcześniej, ale wciąż o 45 mld dol. więcej niż w trzy lata wcześniej. Amerykański deficyt w wymianie dwustronnej z Chinami rośnie zresztą niemal nieprzerwanie od lat.

(Bankier.pl na podstawie danych chińskiego urzędu statystycznego)

Stany Zjednoczone pozostały największym partnerem handlowym Chin (jeśli osobno liczyć członków UE i kraje ASEAN), pomimo spadku importu zza Muru o 20,5 proc. wobec 2018 r. i eksportu - o 20,9 proc.

Nieco przyjemniejszy dla Trumpa obraz malują dane amerykańskie - wynika z nich, że deficyt USA w handlu z Chinami spadnie w tym roku o ok. 70 mld dol., z 420 mld dol. do niespełna 350 mld dol. Z tej perspektywy nadwyżka importu nad eksportem jest co prawda większa niż w statystykach chińskich, ale szybciej maleje, prezydent USA może być zatem bardziej zadowolony z efektów swojej polityki.

Ekipa prezydenta Trumpa podejmuje usilne starania, by deficyt jeszcze zmniejszyć. Dziś ma zostać podpisana wstępna umowa handlowa, na mocy której Pekin zobowiązuje się w ciągu dwóch lat do zwiększenia zakupów dóbr przemysłowych (o 80 mld dol.), surowców energetycznych (50 mld dol.), płodów rolnych (32 mld dol.) i usług (35 mld dol.) - o łącznie 200 mld dol. (wobec stanu sprzed "wojny", czyli z 2017 r.). Gdyby te obietnice udało się zrealizować, amerykański deficyt w handlu dwustronnym z Państwem Środka spadłby o jedną trzecią.

Niektórzy eksperci poddają jednak w wątpliwość nie tylko chęć, ale i możliwość realizacji tych zobowiązań przez stronę chińską. Jednak znając specyfikę kraju za Murem, obawy te są raczej bezpodstawne - jeśli Pekin będzie egzekwował wypełnienie obietnic, zostaną one wypełnione, nawet jeśli będą (wprost) nieracjonalne ekonomicznie. Za część importu z USA (np. produktów rolnych czy samolotów) odpowiadają firmy państwowe, na nacisk władz są też podatne firmy prywatne. Chiny mogą powiększać zapasy lub ograniczyć import z innych krajów - na umowie stracić więc mogą np. eksporterzy z Unii Europejskiej.

Paradoksalnie problem może się pojawić po drugiej stronie handlowego równania - amerykańskiej. Czy eksporterzy z USA zdołają fizycznie wysłać tyle produktów do Chin? Szybkie zwiększenie produkcji niektórych towarów nie jest możliwe, ucierpią zatem odbiorcy tych dóbr z innych państw oraz sami Amerykanie - zwiększenie eksportu ogranicza podaż na rynku krajowym, co skutkuje wzrostem cen. Za poprawę dwustronnego bilansu handlowego z Państwem Środka zapłacą mieszkańcy USA, choćby wydając więcej na ulubiony bekon. Realizacja zobowiązań z umowy Waszyngton-Pekin będzie miała "efekt domina" - ponownie zmieni kierunki strumieni towarów pływających między krajami. Po swojej stronie Amerykanie mogą ograniczyć pośredników w handlu z Chinami, np. Hongkong - i część z blisko 40 mld dol. eksportu (w 2017 r.) do byłej brytyjskiej kolonii skierować wprost za Mur.

Szczegóły samego porozumienia poznamy dziś po południu - ceremonia podpisana ma mieć miejsce o 17:30 polskiego czasu w Białym Domu. Z informacji przekazywanych wcześniej przez przedstawicieli amerykańskiej administracji wynika, że umowa obejmuje kilka obszarów (obok zobowiązań do zakupu dóbr), m.in. własności intelektualnej, transferu technologii i kursu juana oraz dostępu do chińskiego rynku dla amerykańskich firm. W zamian za to Waszyngton zredukuje cła na część importu zza Muru (o wartości ok. 120 mld dol. rocznie) z 15 do 7,5 proc. oraz wstrzyma się z nakładaniem kolejnych taryf. Ewentualne następne decyzje o zniesieniu lub obniżeniu ceł będą zależały od realizacji zobowiązań. Nie należy się ich spodziewać przed wyborami prezydenckimi w USA w listopadzie.

Warto też pamiętać, że to nie państwa eksportują i importują towary i usługi, lecz firmy (czasami kontrolowane bezpośrednio albo pośrednio przez polityków) i mieszkańcy. Firmy z kapitałem zagranicznym odpowiadają za ok. 40 proc. eksportu z Chin. Ponadto, przedsiębiorstwa są zazwyczaj elementami rozbudowanych łańcuchów produkcyjnych, których elementy są rozsiane po wielu krajach. Z importu korzystają wytwórcy szukający maszyn czy komponentów do "swoich" towarów czy konsumenci, do których trafia produkt końcowy - dzięki temu, że produkty czy półprodukty są sprowadzane z zagranicy nabywcy mogą płacić mniej, a więcej środków przeznaczyć na inne cele.

Maciej Kalwasiński

Przeczytaj też

Komentarze